Szaleństwa z kumplami po krzakach w parku zakończyły się złapaniem jednego kleszcza. Dokąd leżałem na kanapie, było dobrze, dopiero podczas wieczornego spaceru łapa zaczęła bolec i puchnąć. Przy myciu łap zaczął się raban i w krótkim czasie zapakowano mnie do samochodu i mimo nocy zawieziono do lecznicy.
W poczekalni siedziało kilku nieszczęśliwców, każdy z mniejszymi lub większymi dolegliwościami. Każdy z nas narzekał i bał się wejścia do gabinetu.
Wilk z chorym biodrem jako stały bywalec, starał nam się podpowiedzieć co nas czeka.
Popatrzył na moja łapę i powiedział - utną ci ją jak nic.
Przeraziłem się, bo jak ja będę skakał bez łapy i postanowiłem za nic nie wchodzić do gabinetu. Niestety, moje zapieranie się łapkami spowodowało, że złapano mnie na ręce i w momencie znalazłem się na zimnym stole. Jeszcze szybciej założono mi kaganiec, chociaż starałem się głośno protestować. Patrzyłem z przerażeniem jak jakieś narzędzia zbliżają się do mojej łapy. Zobaczyłem jak usuwają olbrzymiego kleszcza (paskudny robal), potem wycinają futerko, nakładają jakieś maści i bandażują, Jeszcze mnie ukłuli jakimś zastrzykiem i było po wszystkim.
Przechodząc koło wilka pokazałem moją ocalałą łapkę, a on ze znudzoną miną burknął – och miałeś szczęście - i sam wszedł do gabinetu.
Niestety musiałem jeszcze kilka razy chodzić do lekarza na zastrzyki i dlatego nie lubię tych wstrętnych robali.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz