niedziela, 17 lutego 2008

Irysek

Zaczął się ruch. Najpierw rozdzwonił się telefon, a potem pobiegliśmy do cukierni po ciasto. Wiedziałem już, że gdzieś się wybiera. Za oknem było piękne słoneczko i ja też bardzo chciałem wybyć z domu, ale czy mnie zabierze.

Nagle radość, smycz i obróżka, odtańczyłem więc wspaniały dziki taniec w przedpokoju, a potem już super grzecznie wyszliśmy z domu. W samochodzie siedział już mój kumpel Rino i powiedział, że jedziemy do jego pierwszego domu. Wspaniale, byliśmy tam już i było fajnie. Jest gdzie pobiegać, no i poczęstowali mnie tam wspaniałą kiełbaską.

Po powitaniach pozwolono nam pobiegać po ogrodzie. Oczywiście Rino się rozszalał więc trochę chciałem go utemperować, ale chyba im się to nie spodobało, bo dostałem reprymendę i kazała siedzieć przy krześle, a Rino skorzystał i poleciał do dziewczyn.

Rozglądałem się z rozpaczą w oczach, no bo ile można siedzieć na miejscu, jak tyle ciekawych rzeczy jeszcze do oglądania. Już miałem rozpocząć akcję „biedny piesek musi rozprostować łapy”, gdy przyprowadzili malutkiego konika. Poszliśmy się przywitać. Miał na imię Irysek i okazał się całkiem miły, chociaż bardzo młody. Chętnie bym z nim pobiegał, ale nie chcieli się zgodzić. Potem Rino miał się z nim przywitać, ale okazał się tchórzem i nie chciał do Iryska podejść. Podśmiewałem się z niego, bo przecież jest taki duży jak Irysek. Obraził się na mnie i zacząłem się zastanawiać, czy go nie przeprosić, bo przecież jest moim kumplem, ale gdy tylko zabrano Iryska na wybieg , humor mu się poprawił i aż do odjazdu biegaliśmy razem. Przed odjazdem poszedłem się pożegnać z Iryskiem. Ciekawe, czy go jeszcze spotkam kiedyś.

Brak komentarzy: